Minął już tydzień odkąd jesteśmy w Polsce przez który dzielnie rozpakowałam wszystkie moje 3 walizki i próbowałam odespać brakujące 5h (o tyle musieliśmy przyspieszyć nasze zegarki). Z radością i z niedowierzaniem powitałam ciepłe czerwcowe słońce ciesząc się nim jak małe dziecko. W domu czekał na mnie pyszny chleb na zakwasie mojego taty, balkon zamieniony w ogródek ziołowy przez moją mamę, stos moich ulubionych magazynów (Kuchnia, Zwierciadło i Sens) i piękne stokrotki. Życie jest piękne! :)
Z powodu jet lagu nie miałam jednak głowy do pisania, robienia zdjęć czy skomplikowanego gotowania. W pełni sezonu truskawkowo-rabarbarowego nie mogłam jednak sobie odmówić małego co niego - postawiłam na orzechowe crumble z rabarbarem i z truskawkami z truskawkowego bloga Ani i się nie zawiodłam. Poezja :)
Jak obiecywałam - przygotowałam dla Was mały konkurs ze słodkimi nagrodami, które przywiozłam z Buenos Aires. Długo myślałam nad zagadką, ale wszystko co przyszło mi do głowy wydawało mi się za łatwe. Po czym stwierdziłam, że o wiele ciekawiej będzie zapytać Was jaka jest podróż Waszych marzeń. Być może już ją odbyliście albo dopiero planujecie albo tylko marzycie... nie ma to znaczenia.
Zasady konkursu są następujące:
1. Jedna osoba może zostawić jeden komentarz pod dzisiejszym wpisem z odpowiedzią na pytanie o podróż marzeń.
2. Na wpisy czekam do czwartku (10 czerwca) do godziny 24:00.
3. Z komentarzy wybiorę trzy, których autorom prześlę nagrody. Nagrody wysyłam tylko na polski adres.
Nagrody wielkościowo są symboliczne (i tak mieliśmy spory nadbagaż) ale smakowo... starałam się wybrać to co najlepsze:
1. Opakowanie alfajorów z dulce de leche z najsłynniejszej sieci kawiarni w Argentynie - Havanna.
2. Vauquita czyli argentyńska krówka albo inaczej tabliczka z dulce de leche.
3. Malutki słoiczek dulce de leche z Patagonii.
Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze, miłej zabawy! :)
Showing posts with label Buenos Aires. Show all posts
Showing posts with label Buenos Aires. Show all posts
2010-06-06
2010-05-31
W drodze. Smak spełnionych marzeń.
Tu miała być notka z przepisem na ciasteczka z pekanami. Ciasteczka jednak zostały zjedzone na tyle szybko, że nie zrobiłam zdjęcia, które zresztą zeszły na dalszy plan w obliczu ostatniego tygodnia w Buenos Aires. Ani się obejrzałam a i on minął, wypełniony niezapomnianym i inspirującymi lekcjami, spotkaniami, pakowaniem oraz sesją zdjęciową (część zdjęć możecie obejrzeć tutaj, reszta pojawi się wraz z nową wersją naszej strony internetowej, nad którą jeszcze pracuję, tym razem też w wersji polskiej). Ostatnie zakupy - kolejne (ale już naprawdę ostatnie ;) ) buty do tańca, forma do tarty z wyjmowanym dnem, forma na tarteletki w kształcie liści i solidna porcją alfajorów, ostatnie lekcje, ostatnia milonga. Uściski, wymiana prezentów, pożegnania. Wyjeżdżam z poczuciem, że spełniło się jedno z moich marzeń, jestem szczęśliwa. Nie jest mi smutno, że wyjeżdżam, bo mam kolejne marzenia, które czekają aż pomogę im się spełnić. I najbliższych, którzy na nas czekają. I sezon truskawkowy!
Następna notka będzie już z Polski, z małą zagadką i nagrodą prosto z Buenos Aires.
Tymczasem przed nami 24h podróży...
Następna notka będzie już z Polski, z małą zagadką i nagrodą prosto z Buenos Aires.
Tymczasem przed nami 24h podróży...
Etykiety:
Buenos Aires,
inne
2010-05-23
Tam, gdzie rosną mandarynki...
Tigre to ongiś małe miasteczko, a dzisiaj już prowincja Buenos Aires. Był to także główny port, w którym składowano tropikalne owoce przywiezione na statkach z północnych prowincji Argentyny. Dzisiaj to popularne miejsce weekendowych wypadów Argentyńczyków spragnionych odrobiny ciszy i zieleni. Nie znajdziemy jej za wiele w samym miasteczku, za to pełna jest jej delta rzeki Parana, do której dostęp jest właśnie przez Tigre. Delta to 1001 malutkich wysp poprzecinanych rzekami, rzeczkami i kanałami. Dzika i tropikalna Wenecja. Jako, że jedyny dostęp do wysp jest drogą morską, kupiliśmy bilet na wodny autobus, który okazał się być drewnianą łodzią (poniżej na zdjęciu).
Jako, że maj czyli nasz koniec listopada jest zupełnie poza sezonem turystycznym, byliśmy jedynymi turystami na łodzi, czym wzbudziliśmy ciekawość min. dwóch chłopców, którzy zasypali nas mnóstwem pytań. Na koniec podarowali nam przepyszne orzechy pekan, które zbierają pod szkołą. Nie mogli przy tym uwierzyć, że nie mamy ich w Europie. Przepis na ciasteczka z pekanami - już wkrótce!

Minąwszy dzielnicę portową, wesołe miasteczko, niepoliczalną ilość domków usianych na palach i pomostów po 30 minutach dotarliśmy do Zona Tres Bocas - jednej z większych wysepek.
Wyspa przywitała nas niezwykłą różnorodnością - pięknymi jesiennymi liścmi, tropikalnymi kwiatami i pająkami niespotykanej wielkości i trawą, która nie wyglądała jak trawa, tylko jak dziwne zielone coś z innej planety. Mandarynki z pierwszego zdjęcia są także z Zona Tres Bocas.
Nie obyło się bez tanga...! :)
Po ponad 3h zwiedzania wyspy (obeszliśmy ją dookoła), zasłużyliśmy na odpoczynek. Na szczęscie jedna z dwóch restauracji na wyspie była otwarta i po paru minutach raczyliśmy się pysznym musem czekoladowym i mate cocido. Słońce, lekki wiatr, cisza i książka (przewodnik Lonely Planet) równa się prawdziwy relaks :)
W drodze powrotnej na łodzi widzieliśmy piękny zachód słońca... Do Tigre dotarliśmy o zmierzchu - na zdjęciu Puerto de Frutas, czyli port i targ owocowy. (obecnie w większej części miejsce turystyczne z wyrobami lokalnego rzemiosła).
PS. Większość zdjęć jest mojego autorstwa, ale piękne zbliżenia makro (min. kosmicznej trawy i pająka) są autorstwa P. :)
Etykiety:
Argentyna,
Buenos Aires
2010-05-10
Wyrwane z kontekstu.
Czytam Wasze wspaniałe wpisy o sezonie na rabarbar, szparagi i cudownie zielone nowalijki i robi mi się odrobinę smutno, bo wszystko mnie to omija (prawie wszystko, o czym więcej w dalszej części wpisu). Z drugiej strony - złota (argentyńska) jesień to moja ulubiona pora roku. I chociaż maj w Buenos Aires to nasz kalendarzowy listopad, to liczba słonecznych dni jest zadziwiająca. Gdy świeci słońce to nawet zimno niestraszne - po prostu zakładam kolejną warstwę ubrań, gruby szary sweter, fuksjowy szalik, biorę książkę w dłoń i idziemy z P. do parku, złapać parę ciepłych żółtych promieni. Czytam z wypiekami na twarzy o nowych gatunkach dyni, które kupiłam i dumam nad szparagami.
Tak, nikt się nie przesłyszał, dumam nad szparagami. W Europie sezon jest na nie na wiosnę, właśnie teraz. Analogiczne sezon na nie na półkuli południowej powinien być w naszym listopadzie / grudniu, czyli na początku tutejszej wiosny. Jednak jakieś dwa tygodnie temu pojawiło się mnóstwo szparagów. Pięknych, delikatnych, młodych, zielonych i białych... i w bardzo przyzwoitej cenie. Jesienny sezon na szparagi???! Dodam, że szparagi mają oznaczy kraj pochodzenia - "origen: Argentina, Santa Fe". Czyli są jak najbardziej lokalne.
Miłość do szparagów zwyciężyła i przestałam się głowić co one tutaj robią o tej porze. Przystąpiłam do konsumpcji. ;) W przeciągu dwóch tygodni zjedliśmy z nimi w roli głównej conajmniej dwie tarty, dwie lasagne oraz cztery śniadania pt. szparagi, jajko i szynka. Samych szparagów zjedzonych "od tak" nie liczę. Niewiarygodne, ale ciągle nie mamy dość :)
Wiem, wiem, na Facebooku obiecałam wpis o maśle i margarynie oraz przepis na chlebek bananowo-owsiany z zaledwie 4 łyżkami oleju canola... Chlebek bananowy zniknął jednak na tyle szybko, że nie zdążyłam go sfotografować, a lasagne ze szparagami uwieczniona na zdjęciach grzecznie czeka od tygodnia. I jest pyszna! Zapraszam. :)
Lasagne z zielonymi szparagami
Przepis pochodzi z "Recetas basicas de Italia" Laury Zavan.
ok. 6 porcji
przepis na kwadratową formę (21 cm x 21 cm) lub prostokątną o zbliżonych wymiarach
opakowanie makaronu lasagne
pęczek zielonych szparagów
250g zielonego groszku (może być mrożony)
3 małe cebulki lub 3 młode pory
500g ricotty
100g startego parmezanu
3 łyżki oliwy z oliwek
3 łyżki masła
sól
świeżo zmielony pieprz
gałka muszkatołowa
sos beszamelowy:
70g masła
70g mąki
1l mleka
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
sól do smaku
1. Przygotuj sos beszamelowy:
W rondlu rozpuść masło, intensywnie mieszając dodaj mąkę. Podsmaż chwilę, aż mąka nabierze złotego koloru, następnie partiami dodawaj mleko, cały czas mieszając, by nie zrobiły się grudki. Gotuj przez ok. 10 minut aż sos zgęstnieje cały czas mieszając. Dopraw solą i gałką muszkatołową.
2. Pokrój szparagi (oprócz główek - zachowaj je na później) na centymetrowe kawałki. Drobno pokrój cebulę / pory. Na patelni rozpuść oliwę z masłem, delikatnie podsmaż cebulę / pory i następnie szparagi. Powinny zmięknąć, ale ciągle być chrupiące. Osobno ugotuj główki - włóż je do wrzącej osolonej wody. Po 2 minutach wyjmij je i ugotuj w tej samej wodze zielony groszek. Ważne by się nie rozgotował i pozostał lekko "al dente".
3. Wymieszaj beszamel z ricottą, dopraw świeżo zmielonym pieprzem. Na dno naczynia wyłóż łyżkę lub dwie tak przygotowanego sosu posyp parmezanem, a następnie ułóż na nim płaty lasagne. Wymieszaj szparagi (oprócz główek), cebulę i groszek. Na sos wyłóż warstwę warzyw, posyp parmezanem, ułóż kolejną warstwę makaronu. Powtórz kolejne warstawy (sos, warzywa, parmezan, makaron) aż do wyczerpania się składników. Warstwa górna to makaron, odrobina sosu, główki szparagów i parmezan.
Zapiekaj w 180 °C przez 20 minut. Ostudź przez ok. 15 minut przed pokrojeniem (lasagne najlepsza jest na drugi dzień, porcje można łatwo pokroić i podgrzać w piekarniku). Podawaj z lampką schłodzonego białego wytrawnego wina. Smacznego :)
Tak, nikt się nie przesłyszał, dumam nad szparagami. W Europie sezon jest na nie na wiosnę, właśnie teraz. Analogiczne sezon na nie na półkuli południowej powinien być w naszym listopadzie / grudniu, czyli na początku tutejszej wiosny. Jednak jakieś dwa tygodnie temu pojawiło się mnóstwo szparagów. Pięknych, delikatnych, młodych, zielonych i białych... i w bardzo przyzwoitej cenie. Jesienny sezon na szparagi???! Dodam, że szparagi mają oznaczy kraj pochodzenia - "origen: Argentina, Santa Fe". Czyli są jak najbardziej lokalne.
Miłość do szparagów zwyciężyła i przestałam się głowić co one tutaj robią o tej porze. Przystąpiłam do konsumpcji. ;) W przeciągu dwóch tygodni zjedliśmy z nimi w roli głównej conajmniej dwie tarty, dwie lasagne oraz cztery śniadania pt. szparagi, jajko i szynka. Samych szparagów zjedzonych "od tak" nie liczę. Niewiarygodne, ale ciągle nie mamy dość :)
Wiem, wiem, na Facebooku obiecałam wpis o maśle i margarynie oraz przepis na chlebek bananowo-owsiany z zaledwie 4 łyżkami oleju canola... Chlebek bananowy zniknął jednak na tyle szybko, że nie zdążyłam go sfotografować, a lasagne ze szparagami uwieczniona na zdjęciach grzecznie czeka od tygodnia. I jest pyszna! Zapraszam. :)
Lasagne z zielonymi szparagami
Przepis pochodzi z "Recetas basicas de Italia" Laury Zavan.
ok. 6 porcji
przepis na kwadratową formę (21 cm x 21 cm) lub prostokątną o zbliżonych wymiarach
opakowanie makaronu lasagne
pęczek zielonych szparagów
250g zielonego groszku (może być mrożony)
3 małe cebulki lub 3 młode pory
500g ricotty
100g startego parmezanu
3 łyżki oliwy z oliwek
3 łyżki masła
sól
świeżo zmielony pieprz
gałka muszkatołowa
sos beszamelowy:
70g masła
70g mąki
1l mleka
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
sól do smaku
1. Przygotuj sos beszamelowy:
W rondlu rozpuść masło, intensywnie mieszając dodaj mąkę. Podsmaż chwilę, aż mąka nabierze złotego koloru, następnie partiami dodawaj mleko, cały czas mieszając, by nie zrobiły się grudki. Gotuj przez ok. 10 minut aż sos zgęstnieje cały czas mieszając. Dopraw solą i gałką muszkatołową.
2. Pokrój szparagi (oprócz główek - zachowaj je na później) na centymetrowe kawałki. Drobno pokrój cebulę / pory. Na patelni rozpuść oliwę z masłem, delikatnie podsmaż cebulę / pory i następnie szparagi. Powinny zmięknąć, ale ciągle być chrupiące. Osobno ugotuj główki - włóż je do wrzącej osolonej wody. Po 2 minutach wyjmij je i ugotuj w tej samej wodze zielony groszek. Ważne by się nie rozgotował i pozostał lekko "al dente".
3. Wymieszaj beszamel z ricottą, dopraw świeżo zmielonym pieprzem. Na dno naczynia wyłóż łyżkę lub dwie tak przygotowanego sosu posyp parmezanem, a następnie ułóż na nim płaty lasagne. Wymieszaj szparagi (oprócz główek), cebulę i groszek. Na sos wyłóż warstwę warzyw, posyp parmezanem, ułóż kolejną warstwę makaronu. Powtórz kolejne warstawy (sos, warzywa, parmezan, makaron) aż do wyczerpania się składników. Warstwa górna to makaron, odrobina sosu, główki szparagów i parmezan.
Zapiekaj w 180 °C przez 20 minut. Ostudź przez ok. 15 minut przed pokrojeniem (lasagne najlepsza jest na drugi dzień, porcje można łatwo pokroić i podgrzać w piekarniku). Podawaj z lampką schłodzonego białego wytrawnego wina. Smacznego :)
2010-05-03
Spacerem po Buenos Aires cz. 2 - księgarnie i BsAs nocą.
Buenos Aires słynie z księgarni i antykwariatów z książkami. Znajduję się tutaj największa księgarnia w Ameryce Południowej mieszcząca się w byłym teatrze, w którym nie raz grały tangowe orkiestry. El Ateneo Grand Splendid (Santa Fe 1860) oszałamia głównie wnętrzem, niekoniecznie wyborem książek, chociaż w dziale kulinarnym spędziłam ponad godzinę. ;)
W Palermo za to znajdziemy mnóstwo mniejszych księgarni z niesamowitymi wnętrzami - zajmują one stare kamienice i zazwyczaj mają małe patio, kawiarenkę i świetnie zaaranżowaną przestrzeń. Moją ulubioną jest Libros del Pasaje (Thames 1762) z dużym wyborem książek anglojęzycznych - to tam upolowałam Larousse Gastronomique po bardzo promocyjnej cenie.
Tango:
Buenos Aires to mekka dla każdego tancerza tanga. Ilość nauczycieli, tańczących jak i milong (wieczory, na których tańczy się tango argentyńskie) jest olbrzymia. Dla porównania - w Warszawie jest jedna lub dwie milongi dziennie, w Buenos Aires od 10 do 20. Miejsca na milongi są zazwyczaj duże, niestety z kamienną podłogą (moje kolana cierpią ;)) i zapełniają się zazwyczaj około północy. Milongi kończą się ok. 3-4 nad ranem. W La Virucie jednak trwają do 6 rano, dlatego też to do niej udają się wszyscy niestrudzeni tancerze, by zakończyć tangową noc śniadaniem składającym się z cafe con leche i świeżutkich drożdżowych rogalików medialuna. Przepis obowiązkowo pojawi się na blogu prędzej czy później, moim marzeniem jest serwować je także w naszej Tango Café.
Na pierwszym zdjęciu znajdziemy milongę Soho Tango w czwartkowy wieczór; jeszcze pusta sala, która za chwilę się całkowicie zapełni tańczącymi. Na drugim zdjęciu lekcja tanga w La Virucie - określić ją jako tłoczną byłoby niemal eufemizmem. To tu właśnie wielu Argentyńczyków stawia swoje pierwsze tangowe kroki.
Nad ranem wracamy do domu albo pieszo albo autobusem. Autobusy nazywane są tutaj colectivo, a ich użytkowanie to prawdziwe wyzwanie intelektualno-logistyczne. Po pierwsze, trzeba wiedzieć gdzie jest przystanek - co wcale nie jest proste, bo często są one nieoznakowane lub bardzo słabo oznakowane. Musimy też wiedzieć, gdzie chcemy wysiąść i zasygnalizować to kierowcy, żeby się zatrzymał. Po trzecie, jeden autobus może mieć kilka tras i to bardzo różnych od siebie, plus trasa "tam" jest inna niż trasa "z powrotem", gdyż ulice w Buenos Aires są głównie jednokierunkowe. Ostatnim warunkiem jest posiadanie monet, za które kupuje się bilet w maszynie znajdującej się w autobusie. Linii autobusowych jest ponad 700 i w konsekwencji całe miasto cierpi na niedobór cambio, czyli drobnych.
Jeszcze jedna ciekawostka: autobusy różnią się od siebie nie tylko kolorami (inne kolory dla każdej linii), ale też każdy autobus na swój specyficzny wystrój. I tak na przykład poniższy autobus z linii 39 oświetlony jest fluorescencyjnym niebieskim światłem, ma 1001 lusterek wokoła kierowcy jak i "firankę" na szybie i na wszystkich drzwiach. Wiele autobusów ozdobionych jest także charakterystyczną dla Buenos Aires techniką fileteado.
Życie nocne w Buenos Aires zaczyna się tak jak milongi po północy. Czasami mam wrażenie, że dla wielu Argentyńczyków weekend zaczyna się już w czwartek, kiedy to około 23 zapełniają się restauracje i całe rodziny wybierają się na obiad. Poniżej zdjęcia z restauracji Pan y Arte (Avenida Boedo 876), do której wybraliśmy się na degustację win oraz regionalnych potraw. Były tam chleby (niestety nieporównywalne do chlebów europejskich), sery, winogrona i przede wszystkim pyszne empanady. Empanadas to pieczone pierożki z różnymi nadzieniami. Standardowo do wyboru były empanady z mięsem wołowym (carne), z warzywami czyli szpinakiem (verdura), z szynką i z serem (jamon y queso). Ponadto spróbowaliśmy specjalności południowo-amerykańskiej sprzed kolonizacji hiszpańskiej - empanada humita, czyli pierożek nadziewany kukurydzą gotowaną razem z mąką na wolnym ogniu. Czasami dodaje się do nich cebulkę lub ser kozi. Pyszne!
Na zakończenie wieczornego spaceru po Buenos Aires mam dla Was jeszcze dwa zdjęcia. Pierwsze to zachód słońca w Palermo - narożny budynek to kolejna bardzo miła księgarnia specjalizująca się w książkach o sztuce, projektowaniu i architekturze (Promoteo libros, Honduras y Gurruchaga). Drugie zdjęcie to wieczorny widok z naszego okna.
W Palermo za to znajdziemy mnóstwo mniejszych księgarni z niesamowitymi wnętrzami - zajmują one stare kamienice i zazwyczaj mają małe patio, kawiarenkę i świetnie zaaranżowaną przestrzeń. Moją ulubioną jest Libros del Pasaje (Thames 1762) z dużym wyborem książek anglojęzycznych - to tam upolowałam Larousse Gastronomique po bardzo promocyjnej cenie.
Tango:
Buenos Aires to mekka dla każdego tancerza tanga. Ilość nauczycieli, tańczących jak i milong (wieczory, na których tańczy się tango argentyńskie) jest olbrzymia. Dla porównania - w Warszawie jest jedna lub dwie milongi dziennie, w Buenos Aires od 10 do 20. Miejsca na milongi są zazwyczaj duże, niestety z kamienną podłogą (moje kolana cierpią ;)) i zapełniają się zazwyczaj około północy. Milongi kończą się ok. 3-4 nad ranem. W La Virucie jednak trwają do 6 rano, dlatego też to do niej udają się wszyscy niestrudzeni tancerze, by zakończyć tangową noc śniadaniem składającym się z cafe con leche i świeżutkich drożdżowych rogalików medialuna. Przepis obowiązkowo pojawi się na blogu prędzej czy później, moim marzeniem jest serwować je także w naszej Tango Café.
Na pierwszym zdjęciu znajdziemy milongę Soho Tango w czwartkowy wieczór; jeszcze pusta sala, która za chwilę się całkowicie zapełni tańczącymi. Na drugim zdjęciu lekcja tanga w La Virucie - określić ją jako tłoczną byłoby niemal eufemizmem. To tu właśnie wielu Argentyńczyków stawia swoje pierwsze tangowe kroki.
Nad ranem wracamy do domu albo pieszo albo autobusem. Autobusy nazywane są tutaj colectivo, a ich użytkowanie to prawdziwe wyzwanie intelektualno-logistyczne. Po pierwsze, trzeba wiedzieć gdzie jest przystanek - co wcale nie jest proste, bo często są one nieoznakowane lub bardzo słabo oznakowane. Musimy też wiedzieć, gdzie chcemy wysiąść i zasygnalizować to kierowcy, żeby się zatrzymał. Po trzecie, jeden autobus może mieć kilka tras i to bardzo różnych od siebie, plus trasa "tam" jest inna niż trasa "z powrotem", gdyż ulice w Buenos Aires są głównie jednokierunkowe. Ostatnim warunkiem jest posiadanie monet, za które kupuje się bilet w maszynie znajdującej się w autobusie. Linii autobusowych jest ponad 700 i w konsekwencji całe miasto cierpi na niedobór cambio, czyli drobnych.
Jeszcze jedna ciekawostka: autobusy różnią się od siebie nie tylko kolorami (inne kolory dla każdej linii), ale też każdy autobus na swój specyficzny wystrój. I tak na przykład poniższy autobus z linii 39 oświetlony jest fluorescencyjnym niebieskim światłem, ma 1001 lusterek wokoła kierowcy jak i "firankę" na szybie i na wszystkich drzwiach. Wiele autobusów ozdobionych jest także charakterystyczną dla Buenos Aires techniką fileteado.
Życie nocne w Buenos Aires zaczyna się tak jak milongi po północy. Czasami mam wrażenie, że dla wielu Argentyńczyków weekend zaczyna się już w czwartek, kiedy to około 23 zapełniają się restauracje i całe rodziny wybierają się na obiad. Poniżej zdjęcia z restauracji Pan y Arte (Avenida Boedo 876), do której wybraliśmy się na degustację win oraz regionalnych potraw. Były tam chleby (niestety nieporównywalne do chlebów europejskich), sery, winogrona i przede wszystkim pyszne empanady. Empanadas to pieczone pierożki z różnymi nadzieniami. Standardowo do wyboru były empanady z mięsem wołowym (carne), z warzywami czyli szpinakiem (verdura), z szynką i z serem (jamon y queso). Ponadto spróbowaliśmy specjalności południowo-amerykańskiej sprzed kolonizacji hiszpańskiej - empanada humita, czyli pierożek nadziewany kukurydzą gotowaną razem z mąką na wolnym ogniu. Czasami dodaje się do nich cebulkę lub ser kozi. Pyszne!
Na zakończenie wieczornego spaceru po Buenos Aires mam dla Was jeszcze dwa zdjęcia. Pierwsze to zachód słońca w Palermo - narożny budynek to kolejna bardzo miła księgarnia specjalizująca się w książkach o sztuce, projektowaniu i architekturze (Promoteo libros, Honduras y Gurruchaga). Drugie zdjęcie to wieczorny widok z naszego okna.
Etykiety:
Argentyna,
Buenos Aires
Spacerem po Buenos Aires.
Dziękuje wszystkim serdecznie za komentarze do poprzedniego wpisu (o rewolucji Jamiego Olivera). Z wielką ciekawością i zainteresowaniem czytam Wasze historie i cieszę się, że chcecie się nimi ze mną podzielić :)
Tymczasem minął nasz drugi miesiąc w Buenos Aires, a ja jeszcze nie podzieliłam się żadnymi zdjęciami. Dlatego też zapraszam dzisiaj na mały spacer po Buenos. (PS.: część zdjęć jest moja, część zrobiona przez P.)
Spacer zaczniemy od Palermo - dzielnicy, w której mieszkamy. Tuż za rogiem znajduje się Casa Mua - nasze ulubione miejsce na lekki lunch. Ja zajadam się pysznym bajglem (pieczonym na miejscu!) z wędzonym łososiem i rukolą, P. kanapką z jamon crudo. W słoneczny dzień uwielbiamy rozsiąść się w fotelikach na zewnątrz i po prostu czytać...
Do parków prawie przestaliśmy się wybierać, gdyż są one bardzo tłoczne, co szczególnie nie dziwi, biorąc pod uwagę jak duże jest Buenos Aires (na zdjęciu Parque del Centenario). Rosną w nich piękne jacarandy, wiosną kwitnące na fioletowo, teraz cudownie zielone...
...oraz majestatyczne rozłożyste magnolie:
Wyjątkowym kawałkiem zieleni jest ogród botaniczny (Jardin Botanico), pełen tropikalnej roślinności. Znaleźć w nim można prawie każdą porę roku - niektóre drzewa pięknie kwitną, inne powoli żółkną i sposobią się do jesieni:
Ostatnie słowo w zielonej sprawie - na każdym rogu można znaleźć verduderię, czyli warzywniak z prawdziwym bogactwem owoców i warzyw niemal za bezcen i co piękniejsze - otwarty 7 dni w tygodniu:
Poniżej typowa argentyńska restauracja serwująca asado - wszelkiego rodzaju wołowinę pieczoną na grillu (parilla) oraz liczne pasty. Pod sufitem podwieszone są wielkie jamon crudo, czyli surowe suszone i solone szynki podawane pokrojone w bardzo cieniutkie plasterki. Jamon crudo i bife de lomo (stek z polędwicy wołowej) to przysmaki P., ja zazwyczaj delektuję się moim ulubionym argentyńskim deserem - flanem. Uwaga: Przepis na flan na pewno pojawi się na blogu, przepis sprawdzony i słynny na całe tangowe środowisko w Buenos Aires.
część dalsza nastąpi :)
Tymczasem minął nasz drugi miesiąc w Buenos Aires, a ja jeszcze nie podzieliłam się żadnymi zdjęciami. Dlatego też zapraszam dzisiaj na mały spacer po Buenos. (PS.: część zdjęć jest moja, część zrobiona przez P.)
Spacer zaczniemy od Palermo - dzielnicy, w której mieszkamy. Tuż za rogiem znajduje się Casa Mua - nasze ulubione miejsce na lekki lunch. Ja zajadam się pysznym bajglem (pieczonym na miejscu!) z wędzonym łososiem i rukolą, P. kanapką z jamon crudo. W słoneczny dzień uwielbiamy rozsiąść się w fotelikach na zewnątrz i po prostu czytać...
Do parków prawie przestaliśmy się wybierać, gdyż są one bardzo tłoczne, co szczególnie nie dziwi, biorąc pod uwagę jak duże jest Buenos Aires (na zdjęciu Parque del Centenario). Rosną w nich piękne jacarandy, wiosną kwitnące na fioletowo, teraz cudownie zielone...
...oraz majestatyczne rozłożyste magnolie:
Wyjątkowym kawałkiem zieleni jest ogród botaniczny (Jardin Botanico), pełen tropikalnej roślinności. Znaleźć w nim można prawie każdą porę roku - niektóre drzewa pięknie kwitną, inne powoli żółkną i sposobią się do jesieni:
Ostatnie słowo w zielonej sprawie - na każdym rogu można znaleźć verduderię, czyli warzywniak z prawdziwym bogactwem owoców i warzyw niemal za bezcen i co piękniejsze - otwarty 7 dni w tygodniu:
Poniżej typowa argentyńska restauracja serwująca asado - wszelkiego rodzaju wołowinę pieczoną na grillu (parilla) oraz liczne pasty. Pod sufitem podwieszone są wielkie jamon crudo, czyli surowe suszone i solone szynki podawane pokrojone w bardzo cieniutkie plasterki. Jamon crudo i bife de lomo (stek z polędwicy wołowej) to przysmaki P., ja zazwyczaj delektuję się moim ulubionym argentyńskim deserem - flanem. Uwaga: Przepis na flan na pewno pojawi się na blogu, przepis sprawdzony i słynny na całe tangowe środowisko w Buenos Aires.
część dalsza nastąpi :)
Etykiety:
Argentyna,
Buenos Aires
2010-04-05
Święta. Maślano - waniliowa brioszka.
Późny jesienny wieczór tutaj.
Wczesny wiosenny ranek tam.
Po raz kolejny obchodzimy Wielkanoc bez mazurka, żurku, baby wielkanocnej. Tęsknię za rodziną i naszymi świątecznymi zwyczajami, ale wiem, że już następne święta spędzę z nimi piekąc i gotując wszystkie nasze ulubione tradycyjne dania. Póki co rozkoszuję się jesienią i tangiem. W ramach świątecznego lokalnego akcentu upiekłam flan. Jest to tradycyjny deser argentyński wywodzący się z Hiszpanii, składający się z jajek i mleka, podawany koniecznie z karmelem.
Na naszym świątecznym stole znalazła się także maślana brioszka na semolinie, którą upiekłam w desperacji. Myślałam, że nie mam szansy jej upiec w gazowym rozregulowanym piekarniku. Ku mojej radości - udała się i była pyszna, zwłaszcza z dżemem z czarnych śliwek.
Dlaczego upiekłam ją w desperacji? Albowiem główna rzecz, której mi brakuje w Buenos Aires to chleb. Najlepiej żytni i na zakwasie. Dział pieczywa w supermarketach jest baaardzo ubogi - suche, papierowe bagietki i chleb tostowy, krojony, pakowany razem z niezliczoną ilością konserwantów. Resztę działu zajmują wszelkiego rodzaju ciasta i słodkości. Wszystkie zdecydowanie za słodkie jak dla mnie i z margarynowym posmakiem. Obowiązkowo z dużą ilością konserwantów, zapewne ze względu na subtropikalne temperatury panujące tutaj przez większą część roku.
Nie mogąc zrealizować marzeń o chlebie żytnim, zamarzyłam o brioszce, którą widziałam jakiś czas temu na blogu Patrycji, a której nie udało mi się upiec wcześniej z braku miałkiej semoliny. Tutaj dostępna jest ona w każdym sklepie ze zdrową żywnością. Brioszka jest bezproblemowa, bardzo puszysta, waniliowa i maślana. Idealna na świąteczne śniadanie, które mam nadzieję że spędzicie w gronie rodziny czy przyjaciół, w ciepłej i serdecznej atmosferze. Wesołych Świąt Wielkanocnych - Felices Pascuas! :)
Maślano - waniliowa brioszka na semolinie
Oryginalny przepis pochodzi z blogu Patrycji.
Przepis na 2 duże brioszki, piekłam w keksówce.
510g semoliny, koniecznie miałkiej*
90g mąki orkiszowej**
25g świeżych drożdży
1 szczypta kurkumy
60g cukru***
300g letniego mleka
110g miękkiego masła
1 jajko
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii lub cukier z prawdziwą wanilią
1 szczypta imbiru
1 szczypta soli
1. Z drożdży, odrobiny ciepłego mleka, 1 łyżeczki mąki (pszennej lub orkiszowej) i 1/2 łyżeczki cukru, przygotować zaczyn - wymieszać dokładnie i ostawić w ciepłe miejsce, aż podrośnie.
2. W misce wymieszać obie mąki, zrobić w nich dołek i wlać wyrośnięte drożdże, dodać kurkumę i wymieszać łopatką. Następnie dodać mleko, fruktozę, jajko, wymieszać, dodać masło, ekstrakt z wanilii i miksować na średnim biegu ok 2-3 minut, w tym czasie dodać imbir i na końcu sól.
3. Miskę przykryć szczelnie folią i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na noc do lodówki (lub na 1h w ciepłe miejsce). Ciasto ma podwoić swoją objętość.
4. Blat posypać garścią mąki (pszennej lub orkiszowej), wyłożyć ciasto i krótko zagnieść, ciasto wchłonie mąkę, ponownie podsypać garścią mąką i krótko zagnieść. Ciasto powinno być elastyczne i lekko napięte.
5. Podzielić je na równe części i uturlać w naoliwionych dłoniach dobrze napięte kulki.
Kulki ułożyć jedna na drugiej (w dwóch warstwach) w lekko nasmarowanej masłem i wyłożonej pergaminem keksówce lub w formie na mini babeczki.
6. Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce, ciasto ma podwoić objętość (45-60min). Wyrośnięte ciasto posmarować mlekiem. Piec w 180°C. Małe brioszki: 12-15min, duża brioszka: 30-35min. Studzić na kratce.
* Miałka semolina wyglądem przypomina bardzo delikatny piasek. Jak pisze Patrycja: "Zwykła semolina się tu zupełnie nie sprawdzi."
**Mąkę orkiszową raz zastąpiłam zwykłą pszenną, a raz miałką semoliną, czyli brioszkę zrobiłam z 600g semoliny. Obie wersje były pyszne.
***W przepisie Patrycji jest fruktoza, której ja nie używam. Fruktoza ma niski indeks glikemiczny, czyli na pierwszy rzut oka jest dobrym substytutem cukru, jednak metabolizowana jest w wątrobie. Po pierwsze obciąża ją to nie mniej niż alkohol, po drugie gdy nie jest ona w stanie zmetabolizować całości fruktozy, zamienia ją w ... tak... tłuszcz. A dokładniej w trójglicerydy. Jest jeszcze parę innych powodów, dla których nie używam fruktozy jako zamiennika cukru, ale o tym innym razem.
Wczesny wiosenny ranek tam.
Po raz kolejny obchodzimy Wielkanoc bez mazurka, żurku, baby wielkanocnej. Tęsknię za rodziną i naszymi świątecznymi zwyczajami, ale wiem, że już następne święta spędzę z nimi piekąc i gotując wszystkie nasze ulubione tradycyjne dania. Póki co rozkoszuję się jesienią i tangiem. W ramach świątecznego lokalnego akcentu upiekłam flan. Jest to tradycyjny deser argentyński wywodzący się z Hiszpanii, składający się z jajek i mleka, podawany koniecznie z karmelem.
Na naszym świątecznym stole znalazła się także maślana brioszka na semolinie, którą upiekłam w desperacji. Myślałam, że nie mam szansy jej upiec w gazowym rozregulowanym piekarniku. Ku mojej radości - udała się i była pyszna, zwłaszcza z dżemem z czarnych śliwek.
Dlaczego upiekłam ją w desperacji? Albowiem główna rzecz, której mi brakuje w Buenos Aires to chleb. Najlepiej żytni i na zakwasie. Dział pieczywa w supermarketach jest baaardzo ubogi - suche, papierowe bagietki i chleb tostowy, krojony, pakowany razem z niezliczoną ilością konserwantów. Resztę działu zajmują wszelkiego rodzaju ciasta i słodkości. Wszystkie zdecydowanie za słodkie jak dla mnie i z margarynowym posmakiem. Obowiązkowo z dużą ilością konserwantów, zapewne ze względu na subtropikalne temperatury panujące tutaj przez większą część roku.
Nie mogąc zrealizować marzeń o chlebie żytnim, zamarzyłam o brioszce, którą widziałam jakiś czas temu na blogu Patrycji, a której nie udało mi się upiec wcześniej z braku miałkiej semoliny. Tutaj dostępna jest ona w każdym sklepie ze zdrową żywnością. Brioszka jest bezproblemowa, bardzo puszysta, waniliowa i maślana. Idealna na świąteczne śniadanie, które mam nadzieję że spędzicie w gronie rodziny czy przyjaciół, w ciepłej i serdecznej atmosferze. Wesołych Świąt Wielkanocnych - Felices Pascuas! :)
Maślano - waniliowa brioszka na semolinie
Oryginalny przepis pochodzi z blogu Patrycji.
Przepis na 2 duże brioszki, piekłam w keksówce.
510g semoliny, koniecznie miałkiej*
90g mąki orkiszowej**
25g świeżych drożdży
1 szczypta kurkumy
60g cukru***
300g letniego mleka
110g miękkiego masła
1 jajko
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii lub cukier z prawdziwą wanilią
1 szczypta imbiru
1 szczypta soli
1. Z drożdży, odrobiny ciepłego mleka, 1 łyżeczki mąki (pszennej lub orkiszowej) i 1/2 łyżeczki cukru, przygotować zaczyn - wymieszać dokładnie i ostawić w ciepłe miejsce, aż podrośnie.
2. W misce wymieszać obie mąki, zrobić w nich dołek i wlać wyrośnięte drożdże, dodać kurkumę i wymieszać łopatką. Następnie dodać mleko, fruktozę, jajko, wymieszać, dodać masło, ekstrakt z wanilii i miksować na średnim biegu ok 2-3 minut, w tym czasie dodać imbir i na końcu sól.
3. Miskę przykryć szczelnie folią i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na noc do lodówki (lub na 1h w ciepłe miejsce). Ciasto ma podwoić swoją objętość.
4. Blat posypać garścią mąki (pszennej lub orkiszowej), wyłożyć ciasto i krótko zagnieść, ciasto wchłonie mąkę, ponownie podsypać garścią mąką i krótko zagnieść. Ciasto powinno być elastyczne i lekko napięte.
5. Podzielić je na równe części i uturlać w naoliwionych dłoniach dobrze napięte kulki.
Kulki ułożyć jedna na drugiej (w dwóch warstwach) w lekko nasmarowanej masłem i wyłożonej pergaminem keksówce lub w formie na mini babeczki.
6. Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce, ciasto ma podwoić objętość (45-60min). Wyrośnięte ciasto posmarować mlekiem. Piec w 180°C. Małe brioszki: 12-15min, duża brioszka: 30-35min. Studzić na kratce.
* Miałka semolina wyglądem przypomina bardzo delikatny piasek. Jak pisze Patrycja: "Zwykła semolina się tu zupełnie nie sprawdzi."
**Mąkę orkiszową raz zastąpiłam zwykłą pszenną, a raz miałką semoliną, czyli brioszkę zrobiłam z 600g semoliny. Obie wersje były pyszne.
***W przepisie Patrycji jest fruktoza, której ja nie używam. Fruktoza ma niski indeks glikemiczny, czyli na pierwszy rzut oka jest dobrym substytutem cukru, jednak metabolizowana jest w wątrobie. Po pierwsze obciąża ją to nie mniej niż alkohol, po drugie gdy nie jest ona w stanie zmetabolizować całości fruktozy, zamienia ją w ... tak... tłuszcz. A dokładniej w trójglicerydy. Jest jeszcze parę innych powodów, dla których nie używam fruktozy jako zamiennika cukru, ale o tym innym razem.
2010-03-19
A kiedy nie mam czasu na obiad...
Nasz pobyt w Buenos zaczął się powoli, wakacyjnie i leniwie. A potem gwałtownie przyspieszył :) Oprócz lekcji tanga, doszła codzienna sesja pilatesu (na maszynach tzw. reformerach) i jogi. Wieczorem milonga lub praktyka, o ile wcześniej nie położyliśmy się tylko na chwilę by wyciągnąć nogi, która to chwila czasami przeciąga się do rana. Słowo położyć się w tym przypadku to raczej eufemizm - jeśli chodzi o mnie zdecydowanie bardziej adekwantym wyrażeniem byłoby "zwalić się jak kłoda". ;)
Kiedy pisałam o dyniach, które udało mi się tutaj kupić, planowałam zrobić dyniowe ravioli i dyniowe pesto. Na ravioli zabrakło mi czasu / motywacji, a do dyniowego pesto okazało się, że brakuje mi blendera. Purée z zielonej Kabochy siedziało więc w lodówce czekając na nowy pomysł.
Nie chcąc trzymać Was dłużej w napięciu - z puree powstały pyszne krokieciki z tradycyjnym greckim sosem tzatziki. Przygotowanie ich nie zajmie więcej niż pół godziny, pod warunkiem, że w lodówce mamy gotowe purée - można je spokojnie przygotować dzień lub dwa wcześniej. Osobiście bardzo lubię dania, których część przygotowuje się z wyprzedzeniem, zwłaszcza, gdy nie mam czasu by myśleć co by tu zrobić na obiad. Dzisiaj zapraszam na krokiety z sosem tzatziki, jutro - w ramach dań ekspresowych - na szałwiowe risotto z dynią :)
Dyniowe krokiety
dzień wcześniej: przygotować purée z dyni
2,5 szklanki dyniowego purée
3 łyżki posiekanej natki pietruszki
4 łyżki mąki pszennej pełnoziarnistej
1 jajko
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
bułka tarta do obtoczenia
1. Wymieszać dyniowe purée z mąką, jajkiem i pietruszką. Doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Konsystencja powinna umożliwić nam formowanie krokiecików - jeśli purée ma dużo wody, trzeba dodać odrobinę więcej mąki.
2. Obtoczyć krokiety w bułce tartej. Na grubej patelni rozgrzać olej i smażyć krokiety ok. 2 minut z każdej strony, aż skórka będzie złota. Przełożyć na na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem - wchłonie od nadmiar tłuszczu.
Sos tzatziki
1 jogurt bałkański lub zwykły naturalny (200g)
1 średni ogórek lub pół dużego
1 łyżka oliwy z oliwek extra virgin
pół łyżeczki - łyżeczka octu winnego lub soku z cytryny (zależy jak bardzo kwaśny jest jogurt)
1 duży rozgnieciony ząbek czosnku
sól, pieprz
koperek**
Zetrzeć na tarce ogórek, przełożyć na sitko, posolić i odsączyć wodę. Wymieszać z resztą składników, doprawić solą i pieprzem.
** nieosiągalny w Buenos... Ale i tak sos był pyszny!
Kiedy pisałam o dyniach, które udało mi się tutaj kupić, planowałam zrobić dyniowe ravioli i dyniowe pesto. Na ravioli zabrakło mi czasu / motywacji, a do dyniowego pesto okazało się, że brakuje mi blendera. Purée z zielonej Kabochy siedziało więc w lodówce czekając na nowy pomysł.
Nie chcąc trzymać Was dłużej w napięciu - z puree powstały pyszne krokieciki z tradycyjnym greckim sosem tzatziki. Przygotowanie ich nie zajmie więcej niż pół godziny, pod warunkiem, że w lodówce mamy gotowe purée - można je spokojnie przygotować dzień lub dwa wcześniej. Osobiście bardzo lubię dania, których część przygotowuje się z wyprzedzeniem, zwłaszcza, gdy nie mam czasu by myśleć co by tu zrobić na obiad. Dzisiaj zapraszam na krokiety z sosem tzatziki, jutro - w ramach dań ekspresowych - na szałwiowe risotto z dynią :)
Dyniowe krokiety
dzień wcześniej: przygotować purée z dyni
2,5 szklanki dyniowego purée
3 łyżki posiekanej natki pietruszki
4 łyżki mąki pszennej pełnoziarnistej
1 jajko
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
bułka tarta do obtoczenia
1. Wymieszać dyniowe purée z mąką, jajkiem i pietruszką. Doprawić solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Konsystencja powinna umożliwić nam formowanie krokiecików - jeśli purée ma dużo wody, trzeba dodać odrobinę więcej mąki.
2. Obtoczyć krokiety w bułce tartej. Na grubej patelni rozgrzać olej i smażyć krokiety ok. 2 minut z każdej strony, aż skórka będzie złota. Przełożyć na na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem - wchłonie od nadmiar tłuszczu.
Sos tzatziki
1 jogurt bałkański lub zwykły naturalny (200g)
1 średni ogórek lub pół dużego
1 łyżka oliwy z oliwek extra virgin
pół łyżeczki - łyżeczka octu winnego lub soku z cytryny (zależy jak bardzo kwaśny jest jogurt)
1 duży rozgnieciony ząbek czosnku
sól, pieprz
koperek**
Zetrzeć na tarce ogórek, przełożyć na sitko, posolić i odsączyć wodę. Wymieszać z resztą składników, doprawić solą i pieprzem.
** nieosiągalny w Buenos... Ale i tak sos był pyszny!
Etykiety:
Buenos Aires,
dynia,
Dyniowe krokiety,
Grecja,
lunch,
ogórek,
Sos tzatziki,
wegetariańskie
2010-03-14
Z ziemi włoskiej do argentyńskiej.
Argentyna jest prawdziwym tyglem kulturowym. Rdzenni mieszkańcy Argentyny (w tym Indianie) mieszkali w małych rozproszonych plemionach i jeśli chodzi o liczebność stanowią raczej mniejszość. W XVI wieku Argentyna została skolonizowana przez Hiszpanów i do tamtego czasu przez ponad 300 lat Hiszpanie byli większością osadników.
Na przełomie XIX i XX wieku zaczęła się wielka emigracja z Europy za "pracą, domem i ziemią". Znowu najwięcej było Hiszpanów, potem Włochów, a także Polaków i Rosjan. Prawie każdy Argentyńczyk, z którym mam okazję rozmawiać, dowiedziawszy się, że jestem z Europy zaczyna wymieniać swoich przodków - babcie, prababcie, dziadków - którzy z Europy pochodzą.
Ta emigracja przełomu wieków, a później także okresu wojen światowych, przywiozła ze sobą własne zwyczaje, w tym kulinarne.
Moim okiem typowo argentyńskie są wołowe steki, wina i dulce de leche. Reszta przynależy albo do kuchni hiszpańskiej (w tym mój ulubiony flan) albo włoskiej.
Na każdym rogu znajdziemy pizzerię, w każdej restauracji obowiązkowo znajduje się obszerny dział z pastami. O ile pizza w wydaniu argentyńskim zupełnie mnie nie wzrusza - jest dość tłusta i nie uznaje żadnych przypraw (broń boże oregano!), to pasty są znakomite. Włócząc się po uliczkach Alto Palermo odkryliśmy, że niemal za rogiem mamy ekskluzywny sklep specjalizujący się w wyrobie makaronów (Maccare - pasta artesanal). Makarony bazyliowe, szpinakowe, paprykowe, pełnoziarniste... jakie tylko dusza zapragnie. W każdym spożywczym można też bez problemu dostać przyzwoity parmezan i dobrą oliwę.
Dzisiaj zapraszam na pełnoziarniste, szpinakowe i jeszcze do tego jajeczne fettuccine z kremowym sosem cytrynowym i łososiem. Koniecznie z lampką schłodzonego rosé. Danie jest ekspresowe jak prawie każdy makaron - w 15- 20 minut obiad jest gotowy. Zapewniam - było pyszne! Zjedliśmy po podwójnej porcji...
Szpinakowe fettucine
z kremowym sosem cytrynowym i łososiem
Porcja na 3-4 osoby, albo dwie bardzo głodne :)
ok. 200g szpinakowego fettuccine (polecam też jajeczne tagliatelle)
300g świeżego łososia
1 jajko
pół szklanki śmietanki (kremówki, ale wersja light z 18% jest też smaczna)
2 - 3 łyżki startego parmezanu
starta skórka z jednej cytryny
50g (lub więcej!) orzeszków piniowych
sól, świeżo zmielony pieprz, świeża bazylia
4 łyżki oliwy z oliwek
1. Makaron ugotować al dente wg wskazówek na opakowaniu, w dużej ilości wrzącej, osolonej wody. W miedzyczasie umyć, osuszyć i pokroić łososia - w kostkę 1,5cm. Następnie dobrze go doprawić solą i świeżo zmielonym pieprzem. Rozgrzać oliwę z oliwek na patelni, dodać łososią i smażyć aż się zarumieni, wtedy przewrócić na drugą stronę i dodać orzeszki piniowe. Smażyć aż orzeszki będą złote. Zdjąć z ognia, odstawić.
2. Wymieszać jajko, śmietankę, startą skórkę z cytryny (najlepiej z bio-cytryny, jeśli takowej nie mamy trzeba ją porządnie wyszorować przed starciem), parmezan. Doprawić solą.
3. Odcedzić makaron, przełożyć ponownie do garnka. Na minimalnym ogniu dodać sos do makaronu - dobrze wymieszać i lekko podgrzać (nie za mocno, by białko się mocno nie ścięło) cały czas mieszając. Dodać łososia z orzeszkami pinii, wymieszać. Podawać z listkami świeżej bazylii i świeżo zmielonym pieprzem.
Na przełomie XIX i XX wieku zaczęła się wielka emigracja z Europy za "pracą, domem i ziemią". Znowu najwięcej było Hiszpanów, potem Włochów, a także Polaków i Rosjan. Prawie każdy Argentyńczyk, z którym mam okazję rozmawiać, dowiedziawszy się, że jestem z Europy zaczyna wymieniać swoich przodków - babcie, prababcie, dziadków - którzy z Europy pochodzą.
Ta emigracja przełomu wieków, a później także okresu wojen światowych, przywiozła ze sobą własne zwyczaje, w tym kulinarne.
Moim okiem typowo argentyńskie są wołowe steki, wina i dulce de leche. Reszta przynależy albo do kuchni hiszpańskiej (w tym mój ulubiony flan) albo włoskiej.
Na każdym rogu znajdziemy pizzerię, w każdej restauracji obowiązkowo znajduje się obszerny dział z pastami. O ile pizza w wydaniu argentyńskim zupełnie mnie nie wzrusza - jest dość tłusta i nie uznaje żadnych przypraw (broń boże oregano!), to pasty są znakomite. Włócząc się po uliczkach Alto Palermo odkryliśmy, że niemal za rogiem mamy ekskluzywny sklep specjalizujący się w wyrobie makaronów (Maccare - pasta artesanal). Makarony bazyliowe, szpinakowe, paprykowe, pełnoziarniste... jakie tylko dusza zapragnie. W każdym spożywczym można też bez problemu dostać przyzwoity parmezan i dobrą oliwę.
Dzisiaj zapraszam na pełnoziarniste, szpinakowe i jeszcze do tego jajeczne fettuccine z kremowym sosem cytrynowym i łososiem. Koniecznie z lampką schłodzonego rosé. Danie jest ekspresowe jak prawie każdy makaron - w 15- 20 minut obiad jest gotowy. Zapewniam - było pyszne! Zjedliśmy po podwójnej porcji...
Szpinakowe fettucine
z kremowym sosem cytrynowym i łososiem
Porcja na 3-4 osoby, albo dwie bardzo głodne :)
ok. 200g szpinakowego fettuccine (polecam też jajeczne tagliatelle)
300g świeżego łososia
1 jajko
pół szklanki śmietanki (kremówki, ale wersja light z 18% jest też smaczna)
2 - 3 łyżki startego parmezanu
starta skórka z jednej cytryny
50g (lub więcej!) orzeszków piniowych
sól, świeżo zmielony pieprz, świeża bazylia
4 łyżki oliwy z oliwek
1. Makaron ugotować al dente wg wskazówek na opakowaniu, w dużej ilości wrzącej, osolonej wody. W miedzyczasie umyć, osuszyć i pokroić łososia - w kostkę 1,5cm. Następnie dobrze go doprawić solą i świeżo zmielonym pieprzem. Rozgrzać oliwę z oliwek na patelni, dodać łososią i smażyć aż się zarumieni, wtedy przewrócić na drugą stronę i dodać orzeszki piniowe. Smażyć aż orzeszki będą złote. Zdjąć z ognia, odstawić.
2. Wymieszać jajko, śmietankę, startą skórkę z cytryny (najlepiej z bio-cytryny, jeśli takowej nie mamy trzeba ją porządnie wyszorować przed starciem), parmezan. Doprawić solą.
3. Odcedzić makaron, przełożyć ponownie do garnka. Na minimalnym ogniu dodać sos do makaronu - dobrze wymieszać i lekko podgrzać (nie za mocno, by białko się mocno nie ścięło) cały czas mieszając. Dodać łososia z orzeszkami pinii, wymieszać. Podawać z listkami świeżej bazylii i świeżo zmielonym pieprzem.
2010-03-12
Dulce de leche. Freddo. I jeszcze raz placuszki.
Śmiem twierdzić, że bez dulce de leche nie byłoby więcej niż połowy Argentyńskich słodkości. Jest wszechobecne - w tartach, ciastach, tortach, malutkich ciasteczkach do herbaty (facturas), jako sos do naleśników albo krem do smarowania chleba. Jedna z najlepiej sprzedających się kaw w Starbucksie to nic innego jak latte z dulce de leche. Argentyńska sieć kawiarni Havanna zbudowana została na popularności dulce de leche. Jednym z jej głównych produktów jest ciasteczko przekładane dulce de leche - alfajor (w 5 różnych wersjach).
Sieć moich ulubionych lodziarni Freddo posiada w swojej ofercie co najmniej 6 smaków z dulce de leche - z czekoladą, z migdałami, klasyczne, w wersji light etc.
Freddo:
Wybrałam najmniejszą (wydawało mi się, że tyci) porcję za 11 peso...
...jak się okazało, w jej skład wchodzą dwa smaki do wyboru. Nie mogłam uwierzyć, ze zmieszczą się one na tym naprawdę miniaturowym wafelku i byłam w szoku, kiedy porcja okazała się być wystarczająca spokojnie dla dwóch osób...

Lody były niebiańskie! Mniam.
Kończąc lodowe dygresje, dulce de leche* to nic innego jak karmelizowane mleko, znane w Polsce jako kajmak albo krem krówkowy. Argentyńskie dulce de leche różni się od polskiego kajmaku odrobinę stopniem skarmelizowania (kajmak jest mniej skarmelizowany) oraz wyraźnym dodatkiem wanilii.
Dulce de leche nie pozostawia nikogo obojętnym, albo się je uwielbia albo krzywi na jego karmelową słodycz. Ja przynajmniej nie spotkałam nikogo obojętnego. Sama należę do grupy pierwszej, jednak ze względu na słodycz wystarcza mi jego bardzo mała ilość. Łyżeczka dziennie na przykład. Uwielbiam je z kromką chleba i kubkiem yerba mate lub jako sos do placuszków (szczególnie w obliczu braku syropu klonowego). Idealnie komponuje się też z bananem, więc wymyśliłam, że zrobię bananowe placuszki na śniadanie. Tak nam posmakowały, że jemy je co drugi dzień, z odrobiną dulce de leche właśnie.
Banany są piękne i tanie, nazywam je owocem szczęścia, bo zawierają tryptofan - aminokwas potrzebny do produkcji serotoniny. Z innych dobroci, które w nich znajdziemy to beta karoten, witaminy z grupy B, witamina C oraz minerały takie jak potas i magnez.** Po 6 a czasami więcej godzinach tańczenia i kolejnych 4h chodzenia w upalnych temperaturach, potas i magnez są nam baaardzo potrzebne :)
Placuszki bananowe
1/2 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej lub graham
1/2 szklanki mąki orkiszowej jasnej lub zwykłej mąki pszennej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 szklanka jogurtu naturalnego / kefiru / maślanki
1/4 do 1/2 szklanki mleka***
1 łyżka miodu
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii lub 2 łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią
2 łyżki oleju z pestek winogron lub słonecznikowego
1 jajko
2 banany cienko pokrojone
Wszystkie składniki wymieszać.
Rozgrzać patelnię i wlać łyżeczkę oleju. Łyżką nabierać porcje ciasta i smażyć na średnim/ wolnym ogniu. Jeden placuszek - 1 łyżka stołowa ciasta. Gdy na plackach pojawią się pęcherzyki, przewrócić je na drugą stronę i smażyć aż placuszki będą złote. Smacznego!
*Dosłowne znaczenie to "słodycz z mleka".
**Źródło: Wikipedia.
***W zależności od mąki - gdy robię z mąką graham typ 1850 używam zazwyczaj 1/4 szklanki, z mąką pełnoziarnistą typ 2000 używam 1/2 szklanki mleka.
Sieć moich ulubionych lodziarni Freddo posiada w swojej ofercie co najmniej 6 smaków z dulce de leche - z czekoladą, z migdałami, klasyczne, w wersji light etc.
Freddo:
Wybrałam najmniejszą (wydawało mi się, że tyci) porcję za 11 peso...
...jak się okazało, w jej skład wchodzą dwa smaki do wyboru. Nie mogłam uwierzyć, ze zmieszczą się one na tym naprawdę miniaturowym wafelku i byłam w szoku, kiedy porcja okazała się być wystarczająca spokojnie dla dwóch osób...
Lody były niebiańskie! Mniam.
Kończąc lodowe dygresje, dulce de leche* to nic innego jak karmelizowane mleko, znane w Polsce jako kajmak albo krem krówkowy. Argentyńskie dulce de leche różni się od polskiego kajmaku odrobinę stopniem skarmelizowania (kajmak jest mniej skarmelizowany) oraz wyraźnym dodatkiem wanilii.
Dulce de leche nie pozostawia nikogo obojętnym, albo się je uwielbia albo krzywi na jego karmelową słodycz. Ja przynajmniej nie spotkałam nikogo obojętnego. Sama należę do grupy pierwszej, jednak ze względu na słodycz wystarcza mi jego bardzo mała ilość. Łyżeczka dziennie na przykład. Uwielbiam je z kromką chleba i kubkiem yerba mate lub jako sos do placuszków (szczególnie w obliczu braku syropu klonowego). Idealnie komponuje się też z bananem, więc wymyśliłam, że zrobię bananowe placuszki na śniadanie. Tak nam posmakowały, że jemy je co drugi dzień, z odrobiną dulce de leche właśnie.
Banany są piękne i tanie, nazywam je owocem szczęścia, bo zawierają tryptofan - aminokwas potrzebny do produkcji serotoniny. Z innych dobroci, które w nich znajdziemy to beta karoten, witaminy z grupy B, witamina C oraz minerały takie jak potas i magnez.** Po 6 a czasami więcej godzinach tańczenia i kolejnych 4h chodzenia w upalnych temperaturach, potas i magnez są nam baaardzo potrzebne :)
Placuszki bananowe
1/2 szklanki mąki pszennej pełnoziarnistej lub graham
1/2 szklanki mąki orkiszowej jasnej lub zwykłej mąki pszennej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 szklanka jogurtu naturalnego / kefiru / maślanki
1/4 do 1/2 szklanki mleka***
1 łyżka miodu
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii lub 2 łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią
2 łyżki oleju z pestek winogron lub słonecznikowego
1 jajko
2 banany cienko pokrojone
Wszystkie składniki wymieszać.
Rozgrzać patelnię i wlać łyżeczkę oleju. Łyżką nabierać porcje ciasta i smażyć na średnim/ wolnym ogniu. Jeden placuszek - 1 łyżka stołowa ciasta. Gdy na plackach pojawią się pęcherzyki, przewrócić je na drugą stronę i smażyć aż placuszki będą złote. Smacznego!
*Dosłowne znaczenie to "słodycz z mleka".
**Źródło: Wikipedia.
***W zależności od mąki - gdy robię z mąką graham typ 1850 używam zazwyczaj 1/4 szklanki, z mąką pełnoziarnistą typ 2000 używam 1/2 szklanki mleka.
Subscribe to:
Posts (Atom)

















